„Ile to kosztuje?" pada w pierwszej minucie i jest najtrudniejszym pytaniem o ubezpieczenie jachtu. Nie dlatego, że chcę się wykręcić — tylko dlatego, że składka nie jest cennikiem, jest ceną za ryzyko. Orientacyjnie roczne casco mieści się zwykle gdzieś od ułamka do mniej więcej półtora procent wartości jednostki, ale ten rozrzut jest tak duży, że sama liczba nic nie znaczy, dopóki nie wiesz, co ją napędza.
Co tak naprawdę rusza składką
Wartość, wiek i typ łodzi — szybkie jednostki motorowe i starsze kadłuby kosztują więcej. Obszar pływania — im szerzej i im bardziej poza sezonem, tym drożej. Doświadczenie i załoga — zawodowy skipper potrafi składkę realnie ściąć. Historia szkód — czysty przebieg to nie frazes, to pieniądze. Sposób użycia — czarter komercyjny jest droższy od prywatnego pływania. I postój — zima w stanie laid-up jest tańsza niż łódź w pełnej gotowości.
Franszyza potrafi odwrócić cały rachunek
Tę samą łódź da się ubezpieczyć taniej i drożej, ruszając wyłącznie udziałem własnym. Niska składka z wysoką franszyzą na maszynownię wygląda świetnie — do pierwszej poważnej awarii. Wtedy okazuje się najdroższą z możliwych. Dlatego nigdy nie patrzę na składkę bez franszyzy obok.
Jak nie przepłacić i nie kupić atrapy
Porównuj zakres, nie samą cenę: nazwane czy all-risks, agreed czy market value, limity OC, wyłączenia. Mów ubezpieczycielowi, jak realnie używasz łodzi — lepiej zapłacić za właściwy wariant niż dostać odmowę przy szkodzie. Pilnuj zgodności obszaru i stanu sezon/postój. I traktuj ubezpieczenie jak stałą pozycję rocznego kosztu posiadania — obok mariny, serwisu i deprecjacji, a nie papier do odhaczenia. Jeśli liczysz całość, zostawiam Ci link: ile naprawdę kosztuje posiadanie jachtu.
Masz polisę albo ofertę do sprawdzenia?
Zanim podpiszesz — niezależne spojrzenie na zakres, wyłączenia i klauzulę regresu. Godzina rozmowy kosztuje ułamek tego, co jedna luka w ochronie.
Porozmawiajmy