Załoga

Ubezpieczenie załogi jachtu — luka, której nie zamyka ani casco, ani OC

W dniu, w którym płacisz komuś za pracę na pokładzie, przestajesz być tylko armatorem. Stajesz się pracodawcą — a to zupełnie inny rozdział w polisie. Zwykle rozdział, którego w niej nie ma.

Uwaga: to materiał informacyjny i praktyczne spostrzeżenia brokera jachtowego, nie porada ubezpieczeniowa, prawna ani z zakresu prawa pracy. Obowiązki wobec załogi zależą od bandery jednostki, prawa właściwego dla umowy i statusu rejestracji (prywatna/komercyjna). Zakres konkretnej ochrony potwierdź u swojego ubezpieczyciela, brokera ubezpieczeniowego i prawnika.

Kilka lat temu klient zadzwonił do mnie z portu w Ligurii, nie żeby rozmawiać o jachcie, tylko dlatego, że jego marynarz spadł z trapu i złamał nogę w dwóch miejscach. Karetka, szpital, operacja, cztery tygodnie niezdolności do pracy, potem powrót do domu na drugim końcu Europy. Pierwsze pytanie klienta brzmiało: „mam przecież pełne ubezpieczenie jachtu, prawda?". Miał. Casco all-risks z porządną sumą, OC z wysoką sumą gwarancyjną, wszystko opłacone. I żadna z tych dwóch polis nie odpowiadała za to, co się właśnie stało.

Powiem Ci wprost, bo to jest najczęściej przeoczana rzecz w całym ubezpieczeniu jachtu: casco pilnuje łodzi, OC pilnuje ludzi z zewnątrz, a Twoja załoga stoi dokładnie pomiędzy nimi. Casco odpowiada za kadłub, silniki, elektronikę i wyposażenie — nie za człowieka. OC odpowiada za szkody, które wyrządzisz osobom trzecim: sąsiadowi w marinie, pływakowi, cudzej łodzi. A zatrudniony przez Ciebie kapitan czy stewardessa nie są osobą trzecią. Są Twoimi ludźmi. I większość standardowych polis prywatnego jachtu wprost wyłącza roszczenia załogi z ochrony OC albo obejmuje je dopiero po dokupieniu osobnej klauzuli.

Trzy rzeczy, które trzeba mieć osobno

Rynek jachtowy rozbija ochronę załogi na trzy niezależne elementy i warto znać ich nazwy, bo w ofertach będą po angielsku. Pierwszy to employer's liability, czyli odpowiedzialność cywilna pracodawcy. To ona odpowiada w sytuacji, gdy członek załogi twierdzi, że do wypadku doszło z winy armatora albo z powodu stanu jednostki — źle zabezpieczonego trapu, wadliwej drabinki, braku szkolenia. To jest ta polisa, która płaci prawników, gdy sprawa idzie do sądu.

Drugi to personal accident, czyli ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków. Działa inaczej i na tym polega jego wartość: jest bezwinowe. Nie trzeba udowadniać, kto zawinił — świadczenie wypłaca się z tytułu śmierci lub trwałego inwalidztwa wskutek wypadku, zwykle w ochronie całodobowej, także wtedy, gdy zdarzenie nie miało bezpośredniego związku z eksploatacją jachtu. W praktyce to najszybciej działająca część układanki, bo nie czeka na ustalanie odpowiedzialności.

Trzeci element to koszty leczenia i repatriacji. To jest ta pozycja, którą właściciele najbardziej lekceważą, a która potrafi być najdroższa. Załoga jachtu w Śródziemnomorzu to dziś w dużej mierze ludzie z różnych krajów: polski kapitan, filipiński marynarz, południowoafrykańska stewardessa. Kiedy któreś z nich trafia do szpitala w obcym państwie, ktoś musi zapłacić za leczenie, a potem za transport do domu — czasem transport medyczny. Prywatna polisa turystyczna, którą ktoś kupił sobie sam na wakacje, prawie nigdy nie obejmuje pracy zarobkowej na pokładzie.

Bandera decyduje bardziej niż ubezpieczyciel

Tu wchodzimy w część, którą trzeba zrozumieć zanim porówna się jakiekolwiek składki. O tym, co musisz mieć, decyduje w pierwszej kolejności nie ubezpieczyciel, tylko bandera jednostki i status jej rejestracji. Jachty zarejestrowane komercyjnie powyżej 500 GT podlegają certyfikacji w ramach Konwencji o pracy na morzu, znanej jako MLC 2006. Jednostki komercyjne poniżej tego progu certyfikatu nie potrzebują, ale i tak muszą wykazać zgodność z prawem pracy państwa bandery — a to bywa równie wymagające, tylko mniej sformalizowane.

Sama konwencja nakłada obowiązki, które w praktyce oznaczają konkretne polisy. Armator musi mieć zabezpieczenie finansowe na wypadek porzucenia załogi — obejmujące repatriację, wyżywienie, zakwaterowanie, opiekę medyczną i zaległe wynagrodzenie za okres do czterech miesięcy — oraz odrębne zabezpieczenie na wypadek śmierci lub trwałej niezdolności do pracy wskutek wypadku przy pracy. Certyfikaty potwierdzające te zabezpieczenia mają być na pokładzie i wywieszone. Do tego dochodzi prawo załogi do repatriacji na koszt armatora, między innymi po zakończeniu umowy za granicą i w razie choroby uniemożliwiającej pracę.

Jeśli Twój jacht jest zarejestrowany prywatnie i pływa na własny użytek — MLC formalnie Cię nie dotyczy. To nie znaczy, że jesteś wolny od odpowiedzialności. Znaczy tylko tyle, że nikt Ci nie wystawi listy kontrolnej, a odpowiedzialność wobec zatrudnionej osoby i tak pozostaje. Widziałem transakcje, w których nowy właściciel przejmował jacht razem z załogą i przez pierwsze pół roku nie miał pojęcia, że w papierach nie ma ani jednej pozycji dotyczącej ludzi.

Właściciel potrafi wynegocjować dziesięć tysięcy euro na cenie jachtu i nie zauważyć, że nie ma polisy na człowieka, który tym jachtem codziennie się zajmuje. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco

Szare strefy: sezonowy skipper i „kolega na weekend"

Najwięcej sporów rodzi się nie przy stałej załodze, tylko przy ludziach zatrudnianych doraźnie. Sezonowy skipper na dwa miesiące, marynarz brany na przeloty, kucharka na jeden tydzień z gośćmi na pokładzie. Właściciele traktują takie osoby jak „pomoc", a prawo i ubezpieczyciel potrafią potraktować je jak załogę — z całym pakietem konsekwencji. Kryterium rzadko jest umowa. Kryterium jest to, czy ktoś wykonuje pracę pod Twoim kierownictwem i czy dostaje za to pieniądze.

Druga szara strefa to znajomi. Kolega, który pomaga wyjść z portu, nie jest załogą — ale w razie wypadku jego roszczenie trafi do OC jachtu, a nie do polisy załogowej. I tu warto sprawdzić w swoich warunkach OC, czy pasażerowie i osoby pomagające przy manewrach są objęte ochroną, bo część polis ogranicza to bardzo wąsko. Trzecia sytuacja to czarter komercyjny, gdzie zmienia się wszystko naraz: status jednostki, wymagania bandery, zakres OC i to, kto komu może wystąpić z regresem.

Krótka lista do ręki, zanim zatrudnisz kogokolwiek

Na koniec: to nie jest pozycja, na której się oszczędza

Ubezpieczenie załogi jest jedną z tańszych rzeczy w całym budżecie posiadania jachtu i jednocześnie jedną z niewielu, gdzie brak ochrony nie kończy się stratą pieniędzy, tylko procesem z człowiekiem, którego znasz osobiście. To jest ta różnica, o której mówię klientom najczęściej: uszkodzony kadłub naprawia stocznia, a złamany kręgosłup marynarza zostaje z Tobą na lata — także w sensie prawnym.

Przy konkretnej jednostce to ja siadam do papierów i sprawdzam, czy zakres polisy zgadza się z tym, jak jacht faktycznie jest używany — bo najczęściej rozjeżdża się nie treść ochrony, tylko sposób eksploatacji. Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda ta strona posiadania w praktyce, przy jednostkach z załogą, popatrz na ofertę W Yachts: przy każdym jachcie z obsadą etat załogi jest równie realną pozycją co paliwo i marina. A jeśli spotkała Cię już odmowa wypłaty przy jakiejkolwiek szkodzie, warto najpierw zrozumieć co naprawdę decyduje o wypłacie — mechanizm jest ten sam.

Masz jacht z załogą albo dopiero go kupujesz?

Niezależne spojrzenie na to, czy polisa faktycznie pokrywa ludzi na pokładzie — zanim podpiszesz umowę z kapitanem. Bez nacisku, po stronie kupującego.

Porozmawiajmy

Czytaj dalej

Tomasz Wrzesiński
Niezależny broker jachtów motorowych, Monaco · założyciel W Yachts. Od 20 lat prowadzi klientów przez zakup, posiadanie i czarter — z perspektywy strony kupującego. tomaszwrzesinski.com