Kiedy jacht zaczyna zarabiać, zmienia się jego ryzyko — i poliza musi za tym nadążyć. Najgroźniejsze w tym wszystkim nie jest to, że ktoś nie ma ubezpieczenia. Najgroźniejsze jest fałszywe poczucie, że się je ma.
Prywatna poliza i czarter to dwa różne światy
Większość polis prywatnych po prostu wyłącza zarabianie. Do czarteru potrzebujesz wariantu komercyjnego: rozszerzonego OC, które obejmuje gości i załogę, często ochrony P&I, zgodności z certyfikatem komercyjnym i banderą. Pływanie zarobkowe na polisie prywatnej to jeden z najprostszych sposobów, żeby po szkodzie usłyszeć „nie".
Cicha klauzula, która unieważnia ochronę
A teraz rzecz, którą daję do sprawdzenia zawsze, zanim klient cokolwiek podpisze: zrzeczenie regresu, po angielsku „waiver of subrogation". Brzmi niewinnie, leży gdzieś w środku umowy. Podpisując je, odbierasz własnemu ubezpieczycielowi prawo do ścigania sprawcy szkody. A ubezpieczyciel, który traci regres, ma twardą podstawę, żeby odmówić wypłaty. Efekt jest brutalnie prosty: masz polisę, płacisz składkę — i nie masz ochrony. Dowiadujesz się o tym w najgorszym możliwym momencie, czyli po szkodzie.
Całą umowę czarterową rozłożyłem klauzula po klauzuli tutaj: kontrakt czarterowy, który może Cię kosztować trzy miliony euro. Jeśli czarterujesz albo wystawiasz jacht w czarter — przeczytaj, zanim podpiszesz.
Krótka lista przed sezonem
Cztery rzeczy, które sam sprawdzam: czy poliza w ogóle obejmuje czarter komercyjny i właściwy obszar; czy OC pokrywa gości i załogę z sensownym limitem; czy w umowie czarterowej nie ma zrzeczenia regresu, które gryzie się z polisą; czy certyfikat i bandera odpowiadają temu, jak naprawdę używasz łodzi. Pięć minut, a ratuje cały sezon.
Masz polisę albo ofertę do sprawdzenia?
Zanim podpiszesz — niezależne spojrzenie na zakres, wyłączenia i klauzulę regresu. Godzina rozmowy kosztuje ułamek tego, co jedna luka w ochronie.
Porozmawiajmy